Польські студенти підтримують майдан у Києві

04 Бер 2014 / 12:54 | Переглядів: 1254

поляки

Вітання з Польщі!

Знаємо як всі події розвиваються, весь час ми з ВАМИ, З НАШИМ НАРОДОМ!

Надсилаю Вам статтю з нашої газети про моїх учнів, тепер вже молодих людей, які були на Майдані у ці буремні дні...

Витримки та стійкості!

Ще засяє над нашими нивами правдиве сонце золоте!
НАРОД ЗБУДИВСЬ ЗІ СНУ..!

З повагою, Богдан Маєр

Pojechali do Kijowa, trafili do piekła

Na co dzień prowadzą zwyczajne życie. Są młodzi, pełni energii, mają mnóstwo planów na przyszłość. Ponad dwa tygodnie temu pojechali do Kijowa. Wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak bardzo ryzykują. Dwa dni po ich przyjeździe w stolicy Ukrainy wszystko się zaczęło, znaleźli się w centrum piekła…

Anna Hałuszczak, Piotr Szmigielski i Paweł Żołądek, młodzi Ukraińcy mieszkający w Elblągu podzielili się wczoraj (2 marca) ze swoimi rodakami ze Związku Ukraińców wrażeniami z tygodniowego pobytu w Kijowie, kiedy to znaleźli się w samym centrum wydarzeń, które dziś z przerażeniem obserwuje cały świat. Do stolicy Ukrainy wyjechali z misją. Reprezentując fundację „Otwarty dialog”, która interweniuje wszędzie tam, gdzie łamane są prawa człowieka, mieli być obserwatorami wydarzeń, skrzętnie notując wypowiedzi zdesperowanych Ukraińców.

Ania: - Pojechaliśmy do Kijowa jako obserwatorzy. Nasz namiot stał przy samym Majdanie. Był otwarty codzienne w godzinach od 11 do 18. Jednak we wtorek, gdy na Majdanie zrobiło się „gorąco”, stwierdziliśmy, że nasz namiot nie spełnia już swojej funkcji i przenieśliśmy się na ulicę Instytucką, gdzie obserwowaliśmy wydarzenia i robiliśmy zdjęcia. Wcześniej, gdy byliśmy jeszcze bliżej Majdanu, rozmawialiśmy z ludźmi, notowaliśmy ich wypowiedzi. Wszystko to w postaci raportu trafi do Unii Europejskiej. Byliśmy też informatorami na temat tego, co dzieje się na Ukrainie. W Kijowie doświadczyliśmy wiele życzliwości. Ludzie dziękowali nam, że tutaj jesteśmy, że nie boimy się tu być. Było bardzo dużo pozytywnych reakcji, gdy ludzie słyszeli język polski. Mówili, że w sumie jako jedyny kraj tak bardzo ich wspieramy. Wołali „dziękujemy, dziękujemy” trochę po polsku, trochę po ukraińsku. Na jednej z ulic wisiał plakat „Polacy znak solidarności z wolną Ukrainą” podpisany przez „solidarni2010”.

Przyjechaliście do Kijowa, gdy było jeszcze w miarę spokojnie. Nikt nie spodziewał się żadnego ataku. Pojechalibyście tam, gdybyście wiedzieli, że sytuacja w Kijowie tak się potoczy?
Ania: - Ja na pewno bym pojechała.

Rodzice pewnie umierali ze strachu?
Ania: - Oj, tak. Codziennie rozmawialiśmy przez telefon. Dopiero teraz z rachunku telefonicznego dowiedziałam się, że moje rozmowy były przekierowywane na jakiś ukraiński numer, były podsłuchiwane, była tam pełna inwigilacja.

Na Majdanie zginęło wielu ludzi, głównie młodych…
Ania:
- Tak. Nazwano ich „oddziałem z niebios”. Byli to ludzie, którzy przyjechali walczyć o swój kraj, o swoją Ukrainę. Zginęło bardzo wiele ludzi młodych, ludzi, którzy mieli rodziny, żony, dzieci i przyjechali tu walczyć o lepszą przyszłość dla nich.

Co zastaliście w centrum wydarzeń?
Paweł:
- Na Majdanie powstały oddziały samoobrony złożone z ludzi, tworzono też barykady z worków z lodem i piaskiem, które miały bronić Majdanu przed wtargnięciem berkutu. Na Majdanie znajdowali się zwykli ludzie, głownie mężczyźni w przedziale wiekowym 18-50 lat. Kobiet nie przyjmowano, chyba, że sanitariuszki.
Ania: - Cały czas się modlono, był obecny duchowny, śpiewano ukraiński hymn. Do Kijowa wyruszyliśmy w sobotę nad ranem, zajechaliśmy tam w nocy. Niedziela była takim dniem organizacyjnym. W poniedziałek chłopcy z samoobrony Majdanu powiedzieli nam, że przeczuwają coś złego, że chyba będzie się coś działo.
Paweł: - Wiedzieli, że we wtorek ma odbyć się posiedzenie Werchownej Rady czyli Rady Najwyższej Ukrainy, czekali na decyzje, które zostaną tam podjęte. Był taki moment z poniedziałku na wtorek, że ludzie myśleli, że padnie jedna z barykad i milicja przedostanie na Majdan. Jednak, gdy nastał świt i wraz z nim pojawiły się pierwsze promienie słońca, wiedzieliśmy, że się udało ją utrzymać.
Piotr: - W jednej cerkwi stworzono szpital polowy, w którym zbierano leki, były tam różne oddziały m.in. chirurgia, gdzie znajdowali się lekarze - wolontariusze, którzy operowali czasami nawet przez 40 godzin.
Ania: - Ja byłam także w gmachu sądu ukraińskiego, w którym niesamowite jest to, że znajduje się tam sauna, basen, fryzjer dla pracowników sądu. Podczas rozprawy trzymają oskarżonych w klatce, jakby byli nie wiadomo jakimi przestępcami. Gdy byłam na sali rozpraw znajdował się w niej właśnie oskarżony adwokat.
Paweł: - Któregoś dnia do naszego namiotu podszedł pewien pan, który ponad godzinę opowiadał nam w języku rosyjskim, jak to służył w radzieckiej armii. Żalił się także, jak rząd ukraiński oszukał go w sprawie emerytury. Zamiast trzech tysięcy hrywien, od kilku lat wypłaca mu dwa tysiące.
Piotr: - Czyli 700 zł zamiast tysiąca zł.

Jak wygląda dziś życie przeciętnego Ukraińca?
Piotr: - Na Ukrainie ceny są dużo wyższe niż u nas. Mięso i nabiał są bardzo drogie, a zarobki bardzo niskie. Moja kuzynka, która pracuje jako laborantka w sanepidzie, zarabia 700 zł. Oczywiście są tam też rzeczy tańsze jak papierosy, alkohol, energia czy paliwo.
Paweł: - Ludzie muszą sobie jakoś radzić. Dobrze ma ten, kto ma rodzinę na wsi, bo gdy jest potrzeba, otrzymuje od niej trochę świniaka.

Będąc w Kijowie mieszkaliście u pewnej życzliwej rodziny. Podobno dzieci nieźle Was tam przestraszyły?
Ania:
- Ostatniego dnia naszego pobytu w Kijowie w mieście było bardzo dużo tituszek [młodzi ludzie opłaceni i przywiezieni na zlecenie ukraińskich władz do Kijowa celem prowadzenia bójek i starć z działaczami opozycyjnymi skupionymi na Euromajdanie, czynienia prowokacji, bicia demonstrantów, ochraniania budynków rządowych i organizowania wieców poparcia dla partii rządzącej - Wikipedia], którzy specjalnymi autobusami byli sukcesywnie przywożeni do Kijowa, by pacyfikować demonstrację.
Paweł: - Nazwa pochodzi od nazwiska Wadima Tituszki, który jako pierwszy pobił ukraińską dziennikarkę, a która teraz zasiądzie w nowym parlamencie. Tituszki wraz z berkutem należą do tych, którzy są przeciwko samoobronie i całemu Majdanowi. Jeden tituszko chciał rzucić w nas granatem, po czym później zniszczył rosyjskiemu dziennikarzowi aparat fotograficzny.
Ania: - Tituszki chodzili też po mieszkaniach i rabowali je. My mieszkaliśmy u pewnej rodziny, niedaleko Majdanu. Ostatniej nocy chłopcy zeszli na dół i pełnili wartę na wypadek, gdyby do domu wpadli tituszki. Ja z dziećmi, czteroletnią Irenką i sześcioletnim Bohdanem, zostaliśmy na górze. Mieliśmy ze sobą słoiki, którymi chcieliśmy rzucać w tituszki, by się bronić, bo nic innego do obrony nie mieliśmy. Nagle Bohdan mówi, że chce iść na dół do mamy, a ja na to, że nie, że dziś bawimy się na górze, a on znów woła, że chce do mamy. I tak zszedł na dół, a po chwili wraca, krzycząc, że „idą, idą tituszki!” i że będą nas atakować. Po czym wskoczył pod mój śpiwór, za nim jego siostra. Po chwili zaczął się modlić do Boga, by titiuszki nie zabiły jego rodziców, bo on bardzo ich kocha. No i nagle mówi, że wszystko to sobie wymyślił. Podczas zabawy z siostrą mówił do niej, że jak nie będzie grzeczna, to przyjdzie po nią berkut. Przerażające jest to, że w pamięci tych dzieci, w ich psychice te wydarzenia zostaną już na zawsze. Dzieci słyszą, co się w domu mówi, czują, że coś się dzieje. Irenka nie chodzi do przedszkola. Rodzice tłumaczą jej, że nie chodzi, bo jest chora, a tak naprawdę nie chodzi tam, bo boją się ją tam puszczać.
Paweł: - Z kolei ludzie w Kijowie chodzą normalnie do pracy, jakby się nic nie działo. Widzieliśmy raz mężczyznę, który pod krawatem z neseserem w ręku szedł do pracy przez środek Majdanu.

Jak wyglądały ataki ze strony berkutu?
Piotr
: - Berkut rzucał w ludzi granatami gazowymi. Wiadomo, że łzawiły od niego oczy, dlatego też kobiety rozdawały demonstrantom pokrojone plastry cytryn, które nakładało się na oczy, bo dzięki temu nie piekły tak bardzo. Rozdawały też mleko, bo jeśli zbyt wiele gazu dostanie się do płuc, powoduje to wymioty, a mleko zmniejsza te podrażnienia.
Paweł: - Ludzie rozbijali siekierami chodniki, by móc się jakoś bronić i rzucać odłamkami w berkut, który był uzbrojony i w pałki i broń. Widzieliśmy milicjantów stojących na dachach budynków i strzelających gumowymi kulkami do ludzi. We wtorek były pierwsze ofiary. Najwięcej było ich w czarny czwartek.
Piotr: - Był taki moment, że staliśmy sobie we trójkę w tłumie w kamizelkach odblaskowych. I nagle słyszmy świst, najpierw jeden, drugi, potem kolejny. Myślimy sobie „o, coś się dzieje”. Musieliśmy być bardzo widoczni w tym tłumie, bo nagle dostałem gumową kulką w ucho, a chłopak obok mnie w szyję.

Jakie obrazy utkwiły Wam szczególnie w pamięci?
Piotr: - Widzieliśmy osobę bez nogi, która została rozerwana granatem.
Ania: - Do mnie podszedł człowiek, który widząc, że jesteśmy w kamizelkach, nabrał do nas zaufania, bo wiedział, że nie zrobimy mu krzywdy. Podszedł do mnie i powiedział, że został raniony w nogę, czy możemy mu zrobić opatrunek. Niestety, nie mieliśmy ze sobą żadnych środków opatrunkowych, więc odesłałam pana do punktu medycznego.

Poszkodowani byli także dziennikarze i służba medyczna.

Piotr: - Rozmawiałem z wieloma dziennikarzami z Rosji, Polski czy Kanady i oni powiedzieli nam, że na żadnej wojnie na świecie nie strzela się do dziennikarzy. A jak widać na naszych zdjęciach, na Ukrainie milicjanci do nich strzelali, ranili ich. Ranili także w szyję sanitariuszkę.
Ania: - Celowali w trzy miejsca: w serce, szyję i głowę, by strzał spowodował śmierć.
Paweł: - W pewnym momencie ktoś do nas podszedł i powiedział, żebyśmy zdjęli kamizelki, bo jesteśmy za bardzo widoczni i mogą do nas strzelać.
Ania: - Do mnie podeszła pewna kobieta i powiedziała, a byłam wtedy z koleżanką: „Dziewczyny, jesteście takie młode, idźcie stąd lepiej”.


Na jednym z Waszych zdjęć uwieczniliście spalony budynek Związków Zawodowych
Piotr: - Wszystkie budynki dookoła Majdanu były zajmowane przez ludzi Majdanu, a budynek Związków Zawodowych był jedynym budynkiem, który był wynajmowany. Berkut podpalił ten budynek i nie pozwolił straży pożarnej, by go gasiła. Ludzie skakali z okien, z trzeciego, czwartego piętra.
Ania: - Niestety, nie wszystkim udało się ewakuować i około czterdzieści osób spaliło się żywcem.

Warto było pojechać do Kijowa i narażać swoje życie?
Piotr: - Uważam, że wzięliśmy udział w bardzo ważnym historycznym wydarzeniu.
Ania: - Na naszych oczach pisała się historia.

Oni byli na Majdanie: Paweł Żołądek, Anna Hałuszczak i Piotr Szmigielski (fot. WS)

Теги →

Розповсюдити

Використання матеріалів сайту дозволяється при умові посилання (для інтернет-видань - гіперпосилання) на сайт t-v.te.ua.

Редакція газети «Тернопіль вечірній» (t-v.te.ua) може не розділяти точку зору авторів статей і відповідальності за зміст перепублікованих матеріалів не несе.